Szalone czasy, gdy symbolem prestiżu były białe skarpetki, a adidasy toczyły wojnę z abibasami?

Wywiad Anny Zaleskiej z Olgą Drendą, autorką głośnej książce „Duchologia polska”

Reklama
Szalone czasy, gdy symbolem prestiżu były białe skarpetki, a adidasy toczyły wojnę z abibasami? fot. Getty Images

Dziwne lata 90. 

Wróciły w wielkim stylu, nie przestają jednak budzić kontrowersji. Olga Drenda w głośnej książce Duchologia polska wzięła pod lupę szalone czasy, gdy modę dyktował serial Dynastia, symbolem prestiżu były białe skarpetki, a adidasy toczyły wojnę z abibasami.

 

3 modele butów z lat 90., które właśnie przechodzą renesans

 

Anna Zaleska: Lata 90. stały się ostatnio szalenie modne. Ale podczas gdy jedni się nimi zachwycają, chcą do nich wracać i się inspirować, inni woleliby zapomnieć. Dominujące skojarzenia: żenująca moda, bezguście i bieda.

Olga Drenda: Ja urodziłam się w 1984 roku, więc lata 90. to moje wczesne dzieciństwo i okres nastoletni. Sama chciałam sobie uporządkować wspomnienia. Pracując nad książką, przekonałam się, jak bardzo zawodna bywa pamięć. Czasami działa jak porozrzucane puzzle. Dużo w niej dziur.


Chyba wielu ludzi chciało sobie „uporządkować wspomnienia”, bo twoja książka o życiu na przełomie lat 80. i 90. stała się wydarzeniem. Skąd właściwie tytuł Duchologia? Wywołałaś duchy?
Ten okres jest w pewien sposób widmowy. Wiele ówczesnych zjawisk miało w sobie coś niesamowitego. Na naszych oczach świat przyśpieszał. W krótkim czasie pojawiły się komputery, wideo, telewizja satelitarna, a medialna rzeczywistość bardzo różniła się od tej wokół nas. Przebywaliśmy jednocześnie w świecie realnym i w świecie marzeń. Wielu ludzi czuło się już tak, jakby byli jedną nogą po tej drugiej stronie.

 

W peerelu legendarnemu magazynowi Ty i ja zarzucano, że „rozbudza niepotrzebne tęsknoty”. Teraz można już było tęsknić.

Ostatnio brałam udział w ciekawej rozmowie o latach 80. i 90. w kontekście śmieci i tego, z jakim entuzjazmem Polacy stwierdzili, że już mogą je wyrzucać.

 

Jak ubrać się w stylu lat 90.?


Jak to?
W latach 80. pożądanie przedmiotów z Zachodu było ogromne. Kolekcjonowało się na przykład opakowania po zagranicznych dezodorantach czy puszki po piwie. Ludzie często ustawiali je na meblościance w roli dekoracji. Albo wykorzystywali takie opakowania jako wazony – co dzisiaj wraca w postaci mody na upcycling.

 

A nagle poczuli, że mogą śmiało wyrzucić opakowanie po dezodorancie, bo bez problemu kupią sobie nowy?

Dokładnie. Nie musi być przywieziony z zagranicy, wyproszony czy wystany w kolejce, tylko on po prostu jest. Zapanował wręcz karnawałowy entuzjazm, który skończył się, jak wiadomo, gigantyczną konsumpcją. Utonęliśmy w niepotrzebnych przedmiotach i śmieciach. Zachowywaliśmy się jak osoba wypuszczona z więzienia, która widzi słońce.

 

Jak zauważyłaś w swojej książce, to też czas, kiedy powstają różne style życia – próbujemy naśladować wzory podpatrzone w innym świecie.

Ale wychodzi z tego taka lokalna wersja. Klasa prywatnych przedsiębiorców w połowie lat 80. zaczęła się niezwykle szybko bogacić. Agnieszka Osiecka strasznie z nich szydziła, nazywała „Polską butikową”. Wyśmiewała ich ulubioną rozrywkę, czyli oglądanie filmów klasy B na „wydeo” i styl ubierania: tureckie swetry w esy floresy, noszone z ubraniami narciarskimi, białe skarpetki…

 

Właśnie: białe skarpetki! Skąd one się wzięły?

Stąd, że kojarzyły się z grą w tenisa, a gra w tenisa z kolei z prestiżem. Stały się symbolem bogactwa i schludności. Proszę: mam śnieżnobiałe skarpetki, które nie kurzą się w jakiejś fabryce. Jak
w klasycznym systemie demonstracji prestiżu – człowiek pokazuje, że wykonuje zawód, przy którym się nie brudzi, a jego praca nie jest uciążliwa.

 

Reklama

W krajach anglosaskich były białe kołnierzyki, a u nas białe skarpetki.

Współczesne magazyny lifestylowe prezentowały na początku ten model biznesmena takim, jaki on jest, ale w okolicach 1992 roku zaczęto go delikatnie podważać, zastanawiać się, czy nie wyglądamy jednak trochę jak biedni kuzyni.

 

Pojawiło się poczucie obciachu?

Skojarzenie z krajem prowincjonalnym. Stąd nowość w prasie lifestyle’owej: instrukcje, że należy ubierać się tak a tak, właściwy jest garnitur taki a taki… Myślę, że wtedy też wąsy zniknęły z publicznego krajobrazu. Zaczęły być niemile widziane jako atrybut biznesmena w białych skarpetkach, uważanych już za niepożądane akcesorium.

 

Pamiętam czas kolorowych garniturów…

Inspirowane trochę serialem Miami Vice, a trochę Kołem fortuny. Je również wyproszono z salonów. Katalogowy wzorzec człowieka sukcesu zaczęto promować około 1994 roku. Wtedy, gdy akurat w Ameryce yuppies zaczęli wychodzić z mody.

 

Yuppies to już zapomniane nieco postacie.

W Polsce pojawili się w 1992 roku, dokładnie wtedy, gdy w Stanach Zjednoczonych Douglas Coupland wydał książkę Generacja X o młodych ludziach, którzy odrzucają pęd do sukcesu starszego
pokolenia. Stylem generacji X stało się wystudiowane niechlujstwo. U nas kojarzono to z kolei z etosowcami lat 80., wyśmiewanymi przez „Polskę butikową” jako ludzie z lamusa, już niepotrzebni.

 

Wygląda na to, że rozminęliśmy się z Ameryką.
Powiedzmy, że mieliśmy odwrócony system polityki wizerunku – wzorcem był ktoś, z kogo za oceanem już zaczynano się śmiać.

 

Mówisz o mężczyznach, ale kobiety też często nie chcą pamiętać się w ówczesnych stylizacjach i niszczą zdjęcia z albumów.

W modzie była wtedy ostentacja. Styl ulicy dyktowały oddolnie najpierw ubrania przywożone z Turcji, potem z Tajlandii. Wszystko dosyć krzykliwe. Ogromna ilość cekinów. Puchate swetry z błyszczącymi naszywkami w kształcie wiewiórki. Mnóstwo sztucznych perełek. Nienaturalnie szerokie ramiona. Kolory dające po oczach. Złoto. Duże plastikowe klipsy i dodatki jak ze sklepu papierniczego. Dorosłe kobiety, ubrane w dresy z Myszką Miki, to też moda końca lat 80.

 

Czy nagle nam wszystkim ktoś dosypał czegoś do herbaty? Podobały nam się rzeczy, które nie mają prawa się podobać.

Tak, na przykład nastroszone czupryny z ogromną ilością lakieru i popalone na końcach trwałe ondulacje. Niszczenie sobie włosów stało się wtedy normą. Ale taka była po prostu moda globalna. W Polsce zaś kombinowano sobie stroje z elementów, które były dostępne, więc często wychodziły połączenia nieco wariackie. Chociaż jak się spojrzy na kolekcje mody polskiej z tamtego okresu, też wyglądają jak przebrania dla królewny. Stroje noszone przez miss przypominają puchate, różowe kołdry. Taka lokalna mutacja światowych trendów.

 

Kobiety chciały wyglądać jak bohaterki Dynastii.

Tak, a wcześniej był jeszcze australijski Powrót do Edenu. Te dwa seriale kształtowały nasze wyobrażenie o bogactwie. Z kolei zapomniana już prawie opera mydlana W kamiennym kręgu miała wielki wpływ na to, jak rozumiano piękne wnętrze. W domu mecenasa Prado stały stateczne, ciężkie meble. Na początku lat 90. na potrzeby kampanii reklamowej Lotto, przeprowadzono badania socjologiczne na temat tego, na co dużą wygraną pieniężną wydaliby Holendrzy, a na co Polacy. W Holandii to była z reguły wycieczka dookoła świata czy inny nietrwały zbytek, natomiast
w Polsce największym marzeniem okazał się salon z mieszczańskimi meblami, kominek i ciężkie fotele, w których można się wygodnie rozsiąść.


No i chcieliśmy mieszkać w pałacach, potem złośliwie nazywanych malborkami.
Tak często wyglądały pierwsze wille bogacących się przedsiębiorców. Czasami w serialach z lat 90. można je zobaczyć. Byliśmy zmęczeni tzw. kostką polską i pojawiła się nowa architektura, która miała wyglądać jak stara, szacownie i nobliwie, a wychodził z tego zjełczały torcik.


U naszych sąsiadów – w Czechach czy na Słowacji – malborków jednak nie było. To przejaw słynnego polskiego indywidualizmu?

Myślę, że na pewno. Ale one kojarzą mi się też z sytuacją błyskawicznie wywindowanej na szczyt gwiazdy Hollywood, która natychmiast kupuje sobie największy pałac w okolicy. Polska była wtedy pod większym wpływem kultury amerykańskiej niż Czechy czy Węgry. Czuła się takim zagubionym stanem zaoceanicznym. Stamtąd czerpano wzory biznesu, modele pracy, stroje, język i również inspiracje architektoniczne. Choć te konkurowały z fascynacją dworkiem rodem z Pana Tadeusza.

 

Młodzi ludzie też mogli sobie wybierać style życia. Jakie ze sobą konkurowały?

To był czas gigantycznej fali subkultur. Deklaracja przynależności do którejś z nich miała bardzo duże znaczenie i na dłuższą lub krótszą metę wpływała na styl życia. Dla młodych ludzi było jasne, że częścią tego, kim jesteś, jest to, czego słuchasz i co czytasz. A muzyka i książki nie były snobizmem, tylko czymś zupełnie naturalnym. Jeśli ktoś zostawał punkiem czy metalem, to dostawał cały pakiet filmów, książek, płyt, strojów, które współtworzyły to, kim jest. Teraz mundurek subkulturowy można sobie kupić w sieciówce i nosić T-shirtem z Sidem Viciousem, choć nigdy w życiu nie słuchało się Sex Pistols. Byli punki, skinheadzi, metale, polscy hippisi, którzy fascynowali się ekologią, już zupełnie zapomniani krisznowcy, depesze… No i normalsi, którzy w latach 80. słuchali Papa Dance, a w 90. muzyki z dyskoteki.

 

I jak pamiętam, nosili marmurkowe dżinsy. Ty dzisiaj masz na sobie taką kurtkę.

Tak, ale to współczesna wariacja od Pan Tu Nie Stał.

 

Jednej z wielu marek, które mocno czerpią z lat 90. Gdy czytam, że młodzi ludzie z Zachodu fascynują się Goshą Rubchinskym, myślę sobie: dla nich to egzotyka, oni nie musieli się tak ubierać.

Bluzy wpuszczone w spodnie od dresu, nylonowe krótkie spodenki, do tego wysoko podciągnięte białe skarpetki… To styl klubu sportowego z lat 80.

 

Albo ubogiego dresiarza z demoludów.

Myślę, że to jest próba dowartościowania wszystkiego tego, co uchodziło za najgorsze. I powiedzenia: najgorsze, ale co z tego? To w pewien sposób zabawa. Na zasadzie: nie wstydzimy się niczego, nawet takich koszmarnych gaci. Oczywiście takie ubranie nabrałoby innego znaczenia, gdyby założył je ktoś z Polski, kto nosił na przykład podrabiane dresy z czterema paskami zamiast trzech.

 

Wtedy się dopiero uczyliśmy, że liczba pasków ma znaczenie, a adidasy i abibasy to nie to samo.

Abibasy jednak bardzo długo się u nas trzymały. Obieg podróbkowy stał tak powszechny, że aż przeźroczysty. I myślę, że wielu osobom było po prostu wszystko jedno, czy kupują podróbki, czy oryginały. Oryginalne rzeczy można było wtedy często wyszperać na ciuchach, ale polskie społeczeństwo masowo odmawiało używania czegokolwiek, co jest z drugiej ręki, bo to kojarzyło się z ubóstwem. Wtedy wszystkie nowe ubrania, nawet podróbki z bazaru, były niezwykle drogie dla przeciętnej osoby. Nawet kiepskie dżinsy, podrabiane levisy, stanowiły luksus. Dlatego nie kupowano ich często. To był też czas galopującej inflacji. Na początku lat 90. nastał okres, kiedy ludzie kładli się spać, nie wiedząc, ile będzie kosztować masło następnego dnia. I wymarzone spodnie.

 

A jednak w szkołach już zaczynała się klasyfikacja, które marki wypada nosić, a których nie.

Tak, ale do połowy lat 90. podstawowym doświadczeniem modowym był window shopping. Szliśmy sobie do sklepu z dżinsami poprzymierzać, wybieraliśmy najfajniejszy model, patrzyliśmy na cenę trzy miliony, a potem było zastanawianie się, kiedy będę je mogła kupić, jak długo będę musiała odkładać kieszonkowe, ewentualnie kiedy mam urodziny. Nowe ubrania to był prezent urodzinowy, rok się na to czekało. Pamiętam też, że dzieciaki, żeby nie ubrudzić sobie bluzy, jedząc w domu, zakładały ją na lewą stronę. To było dość powszechnym zwyczajem wśród moich rówieśników. Dzisiaj już się tego nie spotyka, sieciówki kompletnie zmieniły nasze nastawienie do ubrań.

 

I zdemokratyzowały modę.

Tak, w dużym stopniu. W latach 90. różnica między zamożnością a jej brakiem rzucała się w oczy. Znacznie bardziej było po kimś widać, ile ma pieniędzy, i mniej skutecznie można było coś udawać. Czytałam wtedy pisma o modzie i pamiętam artykuł o młodych biznesmenach, którzy noszą bardzo drogie garnitury, a do nich tzw. szybkie okulary, czyli modele typu narciarskiego. Teraz w takim zestawieniu nie byłoby nic dziwnego, ale wtedy to był wizerunek szpanera, który chce pokazać, że jest zamożny. Redaktorka się z nich śmiała.

 

A gdy ktoś chciał wyglądać oryginalnie?
Tzw. samoróbki i przerabianie rzeczy były ratunkiem. Kiedy grunge i festiwal Woodstock’94 przyniosły renesans mody hippisowskiej, dziewczyny przerabiały zwyczajne dżinsy na dzwony, doszywając elementy w kwiaty czy ze sztruksu w innym kolorze. Swetry z naszywkami to też moda z klimatów subkulturowych. No i w sklepach indyjskich można było oryginalnie się ubrać, nawet przy ograniczonym budżecie.


Na styl młodych ludzi najbardziej wpływał chyba jednak serial Beverly Hills.

Wydaje mi się, że niezupełnie. Na początku było wokół niego dużo szumu, a potem jakby wypadł z obiegu. Pamiętam za to quizowy program dla licealistów Klub Yuppies. Kiedy oglądałam archiwalny odcinek z roku 1994, zdumiało mnie, że ci uczniowie wyglądali jak dorośli. Takie ciotki-klotki. Mieli na sobie babcine żakiety, golfy wpuszczone w spodnie… Gdyby przenieść ich do teraźniejszości, wyglądaliby modnie na nerdowski sposób. Zupełnie nie tak, jak nastolatki wyobrażają sobie lata 90.

 

Wobec tego za co obecne dwudziesto-, trzydziestolatki tak lubią tamten czas?

Dwudziestolatki pamiętają lata 90. w zapośredniczony sposób, czyli poprzez kino, filmy wideo, przez internet. A za pośrednictwem internetu dociera do nas przede wszystkim pamięć globalna. Dla nich to jest moda taka, jak z magazynu ID, czyli faktycznie bardzo cool. Kate Moss i tak dalej. U nas takie rzeczy nie osadziły się głęboko. Serial animowany Daria czy muzyka spod znaku Riot Grrrl prawie nie były znane.

 

Wokół twojej strony na Facebooku Duchologia skupiła się społeczność ponad 18 tysięcy ludzi. Jakie emocje budzą w nich wspomnienia z tamtych czasów?

Bardzo różne. Jest dużo zainteresowania i zdziwienia tym, jak mało pamiętamy. Śmiech i niedowierzanie. Ale też ulga, że to już się skończyło.


Książka Olgi Drendy
Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w latach transformacji ukazała się nakładem wydawnictwa Karakter.

Reklama

Polecane wideo

Reklama

Zobacz galerię - 16 zdjęć

Reklama

Podobne tematy

Skomentuj
Reklama