Michael Caine w wyjątkowej rozmowie z Harper's Bazaar

Przeczytajcie wyjątkowy wywiad Marioli Wiktor z brytyjskim aktorem

Reklama
Michael Caine w wyjątkowej rozmowie z Harper's Bazaar fot. Getty Images

Sir aktor

Szlachcic złodziejem? Czemu nie… Michael Caine wyspecjalizował się w rolach szpiegów, morderców i złodziei, a Królowa nawet wyróżniła go za nie tytułem szlacheckimRozmawiała Mariola Wiktor

MARIOLA WIKTOR: Napady na banki ma pan we krwi? (śmiech)

MICHAEL CAINE: Zawsze sprawiało mi to dziką przyjemność. Gdybym nie został aktorem, zapewne byłbym dziś w tej branży wziętym specem (śmiech). Ostatnio grywam złodziei, którzy – owszem – okradają banki, ale robią to nie z chciwości, tylko by rozdawać pieniądze biednym albo żeby odebrać to, co im się należy. W W starym dobrym stylu gram poczciwca, który wcześniej nie miał konfliktów z prawem. Stracił jednak oszczędności, gdy jego bank zlikwidował fundusz emerytalny, i w desperacji razem z dwójką przyjaciół decyduje się okraść tych, którzy odebrali mu emeryturę i chcą go pozbawić domu.

Pan na emeryturze nie musi się martwić o pieniądze?

Nie. Mam ich wystarczająco dużo, by móc powiedzieć, że gram już nie dla kasy. Mam 84 lata i w zasadzie powinienem wieść spokojny żywot, ale w mojej profesji nie istnieje coś takiego jak emerytura. To nie aktor rezygnuje z kina, ale kino z aktora. Ja zresztą długi czas nie przyjmowałem do wiadomości, że się starzeję. Dopiero gdy skończyłem 65 lat, przeżyłem szok, kiedy usłyszałem od reżysera, że mam grać ojca a nie kochanka (śmiech). Wracając do pytania, występuję w filmach nie dla kasy czy sławy, bo obie już mam, ale dla przygody. Dopóki mnie chcą, a cały czas chcą, a scenariusz jest dobry, to nie widzę powodu, by mówić „nie”.

Reklama

 


fot. Getty Images

W przeszłości zdarzało się panu jednak grać w filmach, które nie zapisały się złotymi zgłoskami w historii kina.

Niektórzy zarzucali mi, że brałem wszystko, ale to nie tak… Po prostu szybko zdałem sobie sprawę, że jeśli będę wybrzydzać, zwłaszcza na początku, to mój telefon zadzwoni raz na kilka lat z propozycją, która jest ambitna. A gdy po tak długiej przerwie w końcu stanę przed kamerą,
to nie będę odpowiednio „rozgrzany” – taki los spotkał na przykład mojego przyjaciela, Terence’a Stampa. Co z tego, że to świetny aktor, skoro dziś mało kto go pamięta? Mam w dorobku ponad 100 ról filmowych. Nie wszystkie – choćby Porwanie, Po tragedii Posejdona czy Szczęki 4: Zemsta – są dla mnie powodem do dumy. Ale dzięki temu, że dużo grałem, nie zardzewiałem i dziś mogę z marszu wystąpić wszędzie: w dramacie, komedii, kryminale, kinie akcji, w teatrze. Oczywiście były też inne korzyści. Dzięki Szczękom na przykład spędziłem miło czas na Bahamach i za 10 minut bycia na ekranie zainkasowałem milion dolarów, za które potem kupiłem potem mamie dom.

Czyli jednak nie chodziło wyłącznie o doskonalenie warsztatu.

Filmy pozwoliły mi się wyrwać z biedy. W odróżnieniu od dobrze urodzonych kolegów po fachu, wiem, jak smakuje życie bez elektryczności, toalety i ciepłej wody. W mojej rodzinie nie było żadnych artystycznych tradycji. Mama była kucharką, ojciec tragarzem na targu rybnym, a tam, gdzie mieszkaliśmy, nikt nie uważał aktorstwa za zawód godny mężczyzny. Mimo to grałem od dziecka. Kiedy przychodził do nas poborca po czynsz, mówiłem, że mamy nie ma w domu i przez kilka dni był spokój. Miałem wtedy nie więcej niż trzy latka (śmiech)… 

Pana rodziców nie było stać na opłacenie szkoły aktorskiej. Jakim cudem udało się panu zaistnieć w tym zawodzie? 

Kiedy miałem cztery lata, zobaczyłem w kinie Jeźdźca znikąd i przepadłem. Koledzy marzyli, by zostać takim kowbojem bohaterem, a ja aktorem, który go grał. Zaczynałem od amatorskiego teatru. Potem miałem dłuższą przerwę, bo w wieku 16 lat dostałem powołanie do wojska. Byłem w piechocie, walczyłem w Korei, potem służyłem w Niemczech. Przeszedłem twardą szkołę życia. Mogłem się łatwo stoczyć, ale w pionie trzymało mnie marzenie o aktorstwie. Kiedy wróciłem do Londynu, znalazłem w gazecie ogłoszenie o pracy w teatrze. Tak wylądowałem
na prowincji. Podpatrywałem starszych kolegów, ćwiczyłem miny przed lustrem i ćwiczyłem, żeby pozbyć się plebejskiego akcentu, bo od urodzenia mówiłem cockneyem, czyli gwarą robotniczego Londynu. Potem poznałem Petera O’Toole’a. Był moim mistrzem. Nauczył mnie nie tylko aktorstwa, ale i jak się bawić. Wychodziliśmy razem w miasto i piliśmy wódkę butelkami. Dzięki temu do dziś jestem przekonujący w rolach alkoholików i facetów nadużywających prochów. 

Przez lata był pan aktorem trzeciego planu. Jak pan trafił na pierwszy?

W latach 50. angielski system klasowy blokował mi awans zawodowy. Los uśmiechnął się do mnie dopiero w 1963 roku. Podczas przesłuchania do roli szeregowca cockneya w filmie Zulu reżyser Cy Endfield, uznał, że nie będę przekonujący jako plebejusz. Wprawdzie był Amerykaninem, ale powiedział, że po pierwsze jestem za wysoki, a po wtóre – mam pociągłą, arystokratyczną twarz. I tak przestałem grać lokajów. 

A kilkanaście lat temu został pan prawdziwym arystokratą…

Tytuł szlachecki, który za zasługi dla brytyjskiej kultury nadała mi Królowa, to najlepsza z nagród, jakie dostałem. Bo w przeciwieństwie do Oscarów, które są wyróżnieniami za konkretne role i za rok, dwa mało kto o tym pamięta, tytuł jest na całe życie. 

Majątek zawdzięcza pan dziś nie tylko kinu, ale także gotowaniu.

Jestem w tym dobry. Gotowanie to zajęcie bardzo kreatywne, zmysłowe. Daje radość dla podniebienia, służy zdrowiu, ale i zbliża ludzi do siebie. Może być afrodyzjakiem, ale i zabawą. Moja fascynacja kuchnią sięga
czasów dzieciństwa. Wprawdzie w domu się nie przelewało, ale mama, zawodowa kucharka, przygotowywała nam jedzenie z miłością, ze zdrowymi warzywami wprost z przydomowego ogródka. Często pomagałem mamie, więc kiedy wyprowadziłem się od rodziców, lubiłem poeksperymentować w kuchni. W czasach mojej młodości w Londynie można było zjeść w zasadzie tylko rybę z frytkami. Brakowało miejsc, w których serwowano by coś bardziej wyszukanego, na przykład połączenie kuchni francuskiej i lokalnej z południowo-zachodniej Anglii. Kiedy zacząłem zarabiać na filmach, postanowiłem otworzyć własną restaurację. Musiałem wtedy przejść kurs u najlepszych mistrzów w hrabstwie Oxfordshire, a potem we Francji. Dziś mam pięć lokali, a jeden z nich może się poszczycić dwiema gwiazdkami Michelina. Ale największą frajdę daje mi gotowanie z wnukami, Josephem i Hope. 

Jaki ma pan przepis na udane małżeństwo? Z drugą żoną Shakirą jesteście razem już 44 lata.

Mamy dwie osobne łazienki. W małżeństwie to naprawdę ważne (śmiech). Jesteśmy partnerami, w każdej dziedzinie, ale posiadanie własnej przestrzeni, prywatności przekłada się także na inne sfery życia. Moja żona jest muzułmanką, ja chrześcijaninem, ale to bez znaczenia, bo bierzesz ślub nie z religią, ale z człowiekiem, którego kochasz. A poza tym… kiedy w 1971 roku po raz pierwszy zobaczyłem Shakirę w reklamie kawy, pomyślałem: „To najpiękniejsza kobieta, jaką kiedykolwiek widziałem”. I do dziś to się nie zmieniło… (śmiech).

Reklama

Polecane wideo

Reklama
Reklama

Podobne tematy

Skomentuj
Reklama