Piero Fornasetti dodał do włoskiego designu poezję...

Meble i ceramika z pracowni Fornasettiego zdobią dziś domy od Nowej Zelandii po Nowy Jork...

Reklama
Piero Fornasetti dodał do włoskiego designu poezję... źródło: Fornasetti.com

Mediolańska fabryka snów

Piero Fornasetti dodał do włoskiego designu poezję. Drzwi domu, w którym sprzęty codziennego użytku zaczęły… mówić., uchyla przed nami syn projektanta Barnaba. Tekst Hubert Musiał  

 

Mediolan to stolica włoskiego dobrego smaku. Nawet bez tygodnia mody ma poważne argumenty: Katedrę, Pinakotekę, La Scalę, Pirelli Tower, wreszcie Brerę, czyli nazwaną mediolańskim Montmartre'em dzielnicę galerii, antykwariatów i siedzibę miejscowej Akademii Sztuk Pięknych. Prawdziwe centrum włoskiego designu znajduje się jednak gdzie indziej – to leżąca niespełna kwadrans spacerem od centrum Casa Fornasetti. Na pierwszy rzut oka wygląda niepozornie – ot mieszczańska kamienica, jakich wiele w okolicy. Wewnątrz jednak kryje się prawdziwy wszechświat nieskrępowanej wyobraźni, gdzie wszystko jest możliwe. To właśnie tu, w domu pełnym słońc, księżyców, motyli i intrygujących twarzy, na początku lat 40. surrealista Piero Fornasetti, doszedł do wniosku, że jeśli człowiek ma latami patrzeć na domowe sprzęty, będzie mu o wiele przyjemniej, jeśli będą one ładne (zachowując jednocześnie swoją funkcjonalność). W ten sposób lekceważone wcześniej przedmioty codziennego użytku podniósł do rangi sztuki przez wielkie „S”.

Meble i ceramika z pracowni Fornasettiego zdobią dziś domy od Nowej Zelandii po Nowy Jork. I w blokowiskach, i te najbardziej eleganckie rezydencje, bo oryginały dzieł Włocha osiągają na aukcjach wielotysięczne (w dolarach i funtach) ceny. Znajdziemy je u Eltona Johna, Vivienne Westwood, modowych „braci” Dolce & Gabbana, a nawet u słynnego designera Philippe'a Starcka. Ten ostatni ukochał zwłaszcza talerze z podobizną operowej sopranistki Liny Cavalieri. Tym samym wziął na siebie najtrudniejsze z zadań, jakie czyhają na kolekcjonerów spuścizny po Fornasettim, bo włoski projektant w ciągu przeszło trzech dekad namalował twarz diwy na ponad 300 różnych sposobów – jako słońce i księżyc, a nawet… kawałek ciasta. Na jego projektach Lina raz ziewa, innym razem puszcza oczko, zasłania usta, pokazuje język albo zezuje na muchę siedzącą na czubku jej nosa… I choć większości ludzi nazwisko Fornasetti nic nie mówi, to kiedy ją widzą, wszystko staje się jasne. 

 

 

#Fornasetti #casafornasetti

Reklama

A post shared by TV, radio host, musician, (@helloseean) on Apr 9, 2017 at 2:15pm PDT

 

Cavalieri była Kim Kardashian przełomu XIX i XX wieku. Słynęła z występów na operowych scenach Paryża, Petersburga i Nowego Jorku, ale też z wystawnego stylu życia i skandali – z jednym ze swoich czterech mężów, malarzem Robertem Winthropem Chanlerem (członkiem klanu Astorów), z trudem wytrwała do końca miodowego miesiąca. Za życia była ikoną stylu i urody, a także pierwszą pin-up girl, bo – jak głoszą legendy – przed I wojną światową jej podobizny zdobiły wiele żołnierskich szafek w koszarach. Prawdziwą nieśmiertelność jednak zapewnił jej Piero Fornasetti.

Fascynacja włoskiego projektanta gwiazdą opery to przykład miłości od pierwszego wejrzenia, choć Fornasetti nigdy jej nie spotkał. Natrafił na jej litografię, kiedy w poszukiwaniu natchnienia przeglądał stary francuski magazyn mody. Zauroczony, zrobił zdjęcie strony, a potem sobie tylko znanymi metodami przetworzył twarz śpiewaczki, budując na niej swoją markę i fortunę. Bo spośród 13 tysięcy różnych projektów, które są zgromadzone na ścianach i w archiwach Casa Fornasetti, talerze i świeczki z Liną do dziś cieszą się największym zainteresowaniem klientów włoskiej marki.

„Ojciec był zapalonym zbieraczem”, opowiada Barnaba Fornasetti, jedyny syn, spadkobierca i kustosz spuścizny Piera. „Projektował szybko i z podobną łatwością, z jaką Picasso malował swoje obrazy. Nie zawsze jednak robił to od razu. Dlatego fotografował strony z gazet, książek i starodruków, by potem tworzyć z nich kolaże”. Stosując współczesną terminologię, można więc powiedzieć, że Fornasetti uprawiał twórczy recykling i działał po trosze jak DJ, a po trosze jak... Photoshop. Podglądał, kopiował, zmieniał kolory, kroił na kawałki, a potem je sklejał w coś kompletnie nowego. Dziś to normalna taktyka, ale 50 lat temu była nie tylko nowatorska, ale i godna podziwu. Włoch nie miał bowiem do dyspozycji komputera, a jedynie tradycyjne techniki drukarskie. Najpierw więc „naświetlał” wzór na kawałku jedwabiu, a następnie wypalał go w ceramice. 

 

 

Piero programowo nigdy nie podpisywał swoich prac. Nie wierzył w style, epoki, nazwiska ani w żadne inne sposoby klasyfikowania sztuki. Twierdził, że artysta, który chce odnieść sukces, nie jest artystą, a jedynie człowiekiem żądnym poklasku. Jego zdaniem o wartości dzieła mogła stanowić jedynie magia, którą tchnął w nie twórca. A akurat w tej dziedzinie Fornasetti senior był prawdziwym mistrzem. Wystarczy spojrzeć na jego meble ozdobione architektonicznym trompe l'oeil, czyli malarską iluzją. Ich ściany Fornasetti pokrywał malunkami fasad budynków tak, by wywołać złudzenie 3D. Sam pomysł, by umajać domowe sprzęty krużgankami i kolumnami rodem z XVII-wiecznych rycin o sztuce rzymskiej, był frapujący, ale projektant na tym nie poprzestawał i wzmacniał efekt, wnętrza szafek ozdabiając rysunkami dziedzińców i salonów. Dzięki temu po otwarciu drzwiczek sprzęty-budowle robiły nie tylko jeszcze większe wrażenie, ale nabierały „prawdziwego” trójwymiaru.

W salonie na parterze Casa Fornasetti stoi jeden z tych niezwykłych mebli – Trumeau, skrzyżowanie kredensu, barku i sekretarzyka, które stworzył wraz ze swoim wieloletnim współpracownikiem, architektem Gio Pontim. Wspólnie projektowali nie tylko domowe sprzęty, ale też wnętrza – za najbardziej spektakularne uchodzą kabiny I klasy włoskiego transatlantyku „Andrea Doria”. Niestety, tylko uchodzą, bo statek zatonął u wybrzeży USA w latach 50. (a dekadę później stał się bohaterem piosenki Wojciecha Kordy i grupy Niebiesko-Czarni). Ale komoda to nie wszystko, cały dom wypełniają bowiem perły designu najwyższej próby. Czyli takiego, który nigdy nie wychodzi z mody.

Casa Fornasetti jest nie tylko muzeum rodzinnej marki, ale też jedynym w swoim rodzaju mieszkaniem Barnaby i jego kota Jules'a. Każde pomieszczenie dwupiętrowej kamienicy ma zupełnie inny wystrój i charakter. Pracownia na parterze to archiwum pełne szaf i szuflad, w których projekty Fornasettiego seniora (a czasem tylko pomysły na projekty) czekają, aż powtórnie odkryje je junior, błękitną sypialnię zdobi marzycielska tapeta z chmurami, a w kuchni króluje okrągły stół, na którego blacie są nadrukowane motyle i gazety – ten sam wzór, w katalogu Fornasetti występujący pod nazwą Ultime Notizie, znajduje się też na podłodze. Z kolei ze ścian klatki schodowej spogląda panorama bliskowschodniego miasta – to wspomnienie z podróży Piera do Afryki, po tym jak w latach 30. za „niepodporządkowanie się autorytetom” usunięto go z mediolańskiej Akademii. Ale najbardziej egzotycznym miejscem w całym domu jest zielony salon, w którym nad kanapą obitą zielonym welurem Barnaba zawiesił całą kolekcję luster. 

 

 

Greenery bits and bobs | #casafornasetti #piola #mirror #bitsandbobs #green #design #milan #milano

A post shared by Lisa Iannello (@serendipityseeker) on Jun 11, 2017 at 11:05am PDT

 

Od początku XX wieku, kiedy księgowy Pietro Fornasetti, ojciec Piera, zbudował kamienicę, była ona wielokrotnie przebudowywana. Jej dzisiejszy wystrój jest dziełem Barnaby. „To moje dzieło, moje płótno”, mówi z dumą. „Kiedy żył ojciec, było tu więcej antyków i o wiele mniej drobiazgów. Zdecydowałem się wzbogacić wnętrza o projekty ojca. Chciałem, żeby dom stanowił odzwierciedlenie mojej wizji”. A że Barnaba przez lata zajmował się projektowaniem tkanin, wnętrza są o wiele bardziej kolorowe niż kiedyś. W bibliotece zaś oprócz książek znalazło się też miejsce na pokaźną kolekcję płyt, które grają podczas imprez, regularnie odbywających się w ogrodzie za domem. Muzyka jest bowiem obok słabości do dandysowskich kamizelek (twierdzi, że ma ich ponad 40) wielką pasją Barnaby. I to każda – bez różnicy rockowa, współczesna, latynoska – dlatego w swoim portfolio Fornasetti junior ma tak odległe projekty, jak: scenografia do opery Don Giovanni, etui na płyty CD czy… gitara elektryczna Fender Stratocaster. Plecy tej ostatniej przekornie ozdobił pupą Liny Cavalieri. Bo, tak jak ojciec, Barnaba też uwielbia przetwarzać, tyle że dla niego punktem wyjścia nie są starodruki, ale projekty, które znajduje, przeglądając archiwum marki. Jak wspomina, ojciec powiedział mu kiedyś, że praca projektanta nie zna żadnych ograniczeń. „Nie ma żadnego harmonogramu, nie zna dnia ani nocy. Wszystko, cokolwiek robię”, twierdził Piero, „to próba przełożenia snów na rzeczywistość”. Barnaba wziął to sobie do serca i wraz z ekipą 10 rzemieślników, którzy stosując tradycyjne techniki, ucieleśniają jego pomysły, śni szalony sen Fornasettich i robi to najlepiej, jak potrafi. 

Reklama

Polecane wideo

Reklama

Zobacz galerię - 35 zdjęć

Reklama

Podobne tematy

Skomentuj
Reklama