Zofia Wichłacz w wywiadzie dla BAZAAR opowiada o planach, karierze i naszej okładkowej sesji

Aktorka w rozmowie z Anną Zaleską

Zofia Wichłacz w wywiadzie dla BAZAAR opowiada o planach, karierze i naszej okładkowej sesji fot. Harper's Bazaar

To była sesja absolutnie wyjątkowa! Spośród setek okładek Bazaara polscy fotografowie mody wybrali te, które najbardziej ich inspirują, by na nowo je zinterpretować. A przed ich obiektywem stanęła Zofia Wichłacz – niezwykle utalentowana młoda aktorka, której wróżymy wielką karierę. O kulisach postania tych niezwykłych zdjęć, najnowszych rolach i demonach, które drzemią w każdym człowieku,

rozmawiała Anna Zaleska.

 

Anna Zaleska: Zdarzyło ci się w ciągu jednego dnia wcielić w tyle tak różnych postaci?

Zofia Wichłacz: Nie, i to było niesamowite. Taka sesja jest niesłycha-
nie pociągająca, bo pozwala poszukać w sobie innych barw i energii. Poza tym dla mnie to dowód, że nie trzeba mieć rozmiaru zero, żeby dobrze wyglądać na zdjęciach modowych. Nigdy nie odchudzałam się na siłę, mam normalną figurę i zdrowe podejście do swojego ciała. Daleko mi
do figury modelki.

W którym z tych ośmiu wcieleń najlepiej się czułaś?

Najciekawsze były dla mnie stylizacje, które są raczej na przekór moim warunkom – seksowne, odważne, z pazurem. Jak Kate Moss wymykająca się tylnymi drzwiami z imprezy. Piękne były też portrety, zwłaszcza ten inspirowany zdjęciem Jean Shrimpton z lat 60.

Chciałabyś żyć w tamtych czasach?

O tak! Ale w Stanach albo w Wielkiej Brytanii. Jako nastolatka słuchałam bardzo dużo muzyki z lat 60. Dojrzewałam przy The Beatles, Elvisie Presleyu, The Doors, Janis Joplin, Rolling Stones…

I nosiłaś spódniczki mini? Spodnie dzwony?

Nie, wystarczały mi słuchawki na uszach w drodze do szkoły, by wczuć się w tamte klimaty.

Lubisz patrzeć na swoje zdjęcia?

Boję się powiedzieć, że lubię… Nie wiem, co by to znaczyło. Ale jeśli jest dobre zdjęcie, widać wspaniałą pracę fotografa, to tak. Nie zachwycam się wtedy sobą, tylko tym, że powstało coś pięknego. Mój tata jest operatorem filmowym, robi dużo zdjęć. Wychowałam się w domu, w którym były albumy Annie Leibovitz, Petera Lindbergha czy Richarda Avedona. Zawsze bardzo lubiłam je oglądać.

 

Jubileuszowy numer Harper's Bazaar – 150 lat magazynu

Na festiwalu w Berlinie zdobyłaś tytuł Shooting Star 2017. Jak takie wyróżnienie wpływa na życie młodej aktorki?

Najważniejsze, że miałam szansę poznać reżyserów obsady z wielu krajów. Rynek tak teraz funkcjonuje, że castingi często nagrywa się w domu – staje się  z partnerem na tle białej ściany, kamerę ustawia na statywie i robi self-tape, a potem wysyła się go mailem. Jeśli ten, kto obsadza dany projekt, kojarzy cię, masz większą szansę, że przy oglądaniu twojego nagrania poświęci ci więcej uwagi.

Rola w zagranicznym filmie jest teraz twoim największym marzeniem?

Generalnie wolę mówić o planach niż o marzeniach. Gdy chcę, żeby coś mi się udało, buduję sobie drogę, rozpisuję na kartce konkretne kroki, które muszę wykonać. Wiadomo, że nie wszystko od nas zależy, zwłaszcza w zawodzie aktora, ale ja zawsze stawiam sobie pytanie: co mogę zrobić, żeby się przybliżyć do celu?

Nigdy nie dopada cię zniechęcenie?

Zdarza się, bo ten zawód ma piękne strony, ale też oczywiście i trudne. Bywa, że już prawie dostało się rolę i nagle obsadzony zostaje ktoś inny. Albo projekt miał dojść do skutku, ale nie otrzymał dofinansowania. Lub na jakimś filmie ogromnie nam zależało, jednak reżyser obsady kompletnie nas w nim nie widział. Trzeba być naprawdę silnym i nie brać tego do siebie. Pewnie całe życie będę się tego uczyć, ale chyba mam już coraz zdrowsze podejście. Skoro coś się nie wydarza, to znaczy, że nie było dla mnie. A najbardziej lubię myśleć, że za chwilę przyjdzie coś jeszcze lepszego. (śmiech)

Domyślam się, że wśród młodych aktorów panuje duża rywalizacja.

Pewnie tak… Ale ostatnio pracowałam przy Belfrze, w obsadzie znalazło się mnóstwo młodych ludzi i wszyscy się niesłychanie zakumplowaliśmy, wręcz zżyliśmy. To było fantastyczne! Zawiść jest negatywna. Fajnie jest kogoś podziwiać, inspirować się, mówić sobie: chcę być na jego miejscu za ileś lat. Ale zawiść – nie, to staram się w sobie poskramiać. W ogóle staram się poskramiać swoje ego, gdy krzyczy, że chciałoby więcej i więcej.

W serialu Belfer ewidentnie zagrałaś „po warunkach”. Jesteś młodą dziewczyną z zamożnej rodziny, licealistką, śliczną i wrażliwą, która skrywa jakąś tajemnicę.

Gdy zaproponowano mi tę rolę, przez chwilę myślałam: znów z dobrego domu, znów wrażliwa i delikatna, znów „dobra dusza”. Ale wiedziałam, że ten serial jest świetnie napisany, będzie bardzo dobra obsada, chciałam też pracować z reżyserem Krzysztofem Łukaszewiczem… Dużo było argumentów za. Może następna rola przyniesie przełom.

I zagrasz na przykład psychopatyczną morderczynię?

To też sobie wyobrażam. Myślę o Rooney Marze, która w Carol z Cate Blanchett jest subtelna, piękna i niewinna, a w Dziewczynie z tatuażem staje się bezwzględną mścicielką. Oglądałam wywiady z  Marą, w których opowiadała, że aby przygotować się do roli Salander, na pół roku zniknęła z życia, zerwała nawet kontakty z rodziną. Totalne poświęcenie. Może nie zawsze trzeba iść w aż takie ekstremum, ale to jest pociągające w naszym zawodzie, że możemy stać się kimś tak kompletnie innym. Meryl Streep kiedyś powiedziała w wywiadzie, że wszyscy możemy w sobie znaleźć cząstkę psychopaty, tylko jesteśmy zdrowi psychicznie i na szczęście nie korzystamy z tych zasobów, nikt normalny nie zapuszcza się w te meandry świadomości czy podświadomości. Jako aktorzy mamy jednak zadanie, by czasem wejść w te najmroczniejsze zakątki.

I przerazić się samym sobą?

Może…

O demonach, które drzemią w każdym człowieku, mówi film Zgoda, w którym teraz możemy cię oglądać.

Obóz pracy Zgoda w Świętochłowicach po drugiej wojnie naprawdę istniał. Trafiło tam mnóstwo ludzi, których jedyną winą było to, że urodzili się Ślązakami albo pochodzili z mieszanych, niemiecko-polskich rodzin. Takie są fakty i nie można tego tematu przemilczać tylko dlatego, że może być dla kogoś trudny. Reżyser Maciej Sobieszczański długo walczył o ten film. Nakręciliśmy go dwa lata temu i cieszymy się, że wreszcie możemy go oddać widzom. Zgoda nie pozostawia obojętnym, choć nikogo nie osądza, nie zajmuje się polityką, skupia się na dramacie trójki ludzi, którzy przed wojną byli przyjaciółmi, a teraz spotykają się w obozie. To kameralny, pięknie nakręcony dramat. Nie ma w nim dosłowności, wszystko opiera się na metaforach. Obraz gra tutaj główną rolę. Bardzo lubię takie kino.

Sukces aktora – w ilu procentach to kwestia talentu, w ilu pracy, a w ilu szczęścia, przypadku czy znajomości?

Ostatnio czytałam książkę The Power of the Actor, napisaną przez Ivanę Chubbuck, jednego z najbardziej cenionych coachów dla aktorów w Los Angeles. Podaje tam przykład Charlize Theron, swojej uczennicy, jako osoby, która włożyła niesamowicie dużo pracy w to, by stać się dobrą aktorką. Nawet gdy już była nominowana do Oscara, nadal wracała na zajęcia do studia i prosiła o dodatkowe sceny do przygotowania. A więc po pierwsze: praca, praca, praca… A po drugie: odwaga podejmowania ryzyka. Chodzi o to, żeby jako aktor nie robić niczego na pół gwizdka, nie wybierać bezpiecznych rozwiązań, szukać tego, co najbardziej śmiałe, choć może być zarazem bolesne i trudne.

A talent?

Boję się używać tego słowa.

Reklama

Polecane wideo

Zobacz galerię - 8 zdjęć

Podobne tematy

Skomentuj